I’d pretend not
to hear what they said to me
‘Cause I got off
Every time you got on to me
Was it wrong to go along with insanity?
Promienie słońca od dłuższego czasu oświetlały sypialnię,
lecz dopiero teraz dotarły do łóżka, powodując rozbudzenie kobiety. Odchyliła
nieśmiało powieki i praktycznie natychmiast je zamknęła, nie mając ochoty na
spoglądanie na rażące światło. Poza tym, była zmęczona po wczorajszym dniu,
kiedy to musiała ocenić, jak idą postępy w pracowni - nie mogła zostawić Mats z
nie wiadomo jakim system do wykonania. Dwa tygodnie, jakie wyznaczyła sobie na
zaklimatyzowanie się w nowym środowisku, przyniosą zapewne wiele rzeczy do
zrobienia, które, mimo szczerych zapewnień śniadej, krągłej zastępczyni, mogły
okazać się zbyt ciężkie dla niej samej. Cóż, kobieta nie była rada z tegoż
powodu, jednak musiała zaufać przyjaciółce, która przy większym nawale pracy
traciła głowę.
We wczorajszym dniu musiała również uporać się ze
spakowaniem wszystkich swoich ubrań, przedmiotów codziennego użytku,
kosmetyków, laptopa - krótko mówiąc, musiała uprzątnąć całą graciarnię, którą
zgromadziła przez ponad sześć lat. Jej stary, dobry Range Rover był już
praktycznie zapakowany, czekał tylko na nią i ostatnią torbę. Żal było jej
opuszczać mieszkanie w Vancouver, jednak wiedziała, iż jest to konieczne
rozwiązanie. Musiała zmienić tryb życia. Nie wyobrażała sobie dalszej
koegzystencji jako bezuczuciowe
stworzenie, nie interesujące się losem innych.
Postanowiła przemóc wewnętrznego lenia i podnieść się z
posłania. Powolnym krokiem, potykając się o szafkę, stojącą nieopodal łóżka,
dotarła do łazienki. Przyjrzała się swemu odbiciu. Zobaczyła młodą kobietę z
lekko podkrążonymi, aczkolwiek nadal urokliwymi, bursztynowymi oczyma,
delikatnie zadartym nosem, kształtnymi wargami, znajdującymi się na twarzy o
delikatnych rysach, okolonej kaskadą brązowych loków. Szatynka rozchyliła usta w delikatnym uśmiechu, po czym
przysunęła się bliżej tafli lustra, by zobaczyć, jak bardzo wczorajsza
bieganina dała się jej we znaki. Na jej
szczęście, jej cera wyglądała normalnie, za co dziękowała losowi.
Uspokojona, zrzuciła biały t-shirt i szorty, by oddać się
przyjemności porannego prysznica. Ciepłe strumienie wody muskającej jej ciało
relaksowało i poprawiało humor, zepsuty wcześniejszą pobudką. Chwyciła ulubione
kosmetyki, zostanie specjalnie na tą
słodką chwilę przyjemności, tj. szampon, przypominający jej o ukochanej
czekoladzie i handlowy żel pod prysznic. W ciągu krótkiej chwili cała łazienka
wypełniła się aromatem czekolady i wanilii, a zadowolona Luna poczęła czynić
to, co większość populacji w ciągu mycia się - śpiewać. Dziś jej wybór padł na
lansowaną ostatnimi czasy przez media piosenkę Hero, promującą film Spiderman.
Miodowooka nie wiedziała jeszcze, iż wybór prysznicowego
repertuaru będzie miał wpół na dalsze losy dnia.
***
Po zjedzeniu kilku muffinów na osłodę dnia, sztuka wzięła
swoją ulubioną mrożoną latte na wynos i postanowiła, po raz ostatni, przejść
vancouverskimi ulicami jako mieszkanka. Po tych prawie siedmiu latach
spędzonych w tym mieście, wiedziała, że będzie tęskniła za tym miastem. Nogi
same prowadziły ją do Queen Elizabeth Park, w którym to spędziła sporą część
swoich studiów: rozmowy z przyjaciółmi, których nie miała za wielu(lecz byli
oni niezastąpieni), miłosne schadzki z przystojnymi amantami, czy też samotne przechadzki
w celu odnalezienia inspiracji.
"Powoli staję się
sentymentalną idiotką" pomyślała z uśmiechem na ustach, spoglądając w
górę. Błękitny nieboskłon przyozdobiony był pierzastymi kłębami obłoków,
białymi i delikatnymi, a samo patrzenie na nie sprawiało, iż człowiek pragnął
zanurzyć się w marzeniach, co też uczyniła Luna. Niestety, chodzenie z głową w
chmurach nie należało do najbezpieczniejszych, o czym szybko przekonała się
brązowowłosa.
Kobieta zderzyła się z wysokim, dość umięśnionym, na co
wskazywała bolesność zderzenia, mężczyzną, oblewając go resztką mrożonej kawy,
złotooka zaś przeżyła bolesne spotkanie z gruntem.
– Uważaj jak leziesz –
mruknął mężczyzna, oceniając stan
koszuli ubrudzonej latte.
– Przepraszam – odpowiedziała cicho, podnosząc się z ziemi.
Spojrzała na osobę stojącą obok niej. Był nią blondyn,
którego loki sięgały ramion, błękitne oczy spoglądały znad przeciwsłonecznych
okularów, znajdujących się na orlim nosie, zaś wąskie usta otoczone były
ciemnawym zarostem. Ubrany był w kraciastą koszulę, niedbale rozpiętą nad
szyją, sprane jeansy, w paru miejscach poprzecierane, jego stopy schowane były
w czarne trampki.
Jegomość kogoś jej przypominał, tylko nie bardzo wiedziała
kogo.
Mężczyzna zaś ujrzał piękną szatynkę z delikatnie wijącymi
się włosami, sięgającymi połowy pleców, złotymi oczami, schowanymi za okularami
w czarnych odprawkach, lekko zawartym nosem, ładnie skrojonymi ustami w kolorze
malin - wszystko to znajdowało się na twarzy o łagodnych rysach. Nic więc
dziwnego było w tym, iż w głowie blondyna pojawiły się takie, a nie inne myśli,
a krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach.
Zauroczony wdziękiem kobiety, podniósł jej torbę i oddał
właścicielce.
– Przepraszam – powtórzyła cichym głosem, po czym zmierzyła go
wprawnym wzrokiem i, ku zdziwieniu blondwłosego, dotknęła materiału. – Spokojnie, zejdzie, nawet, jeśli będzie prał
nieumiejętny facet – uśmiechnęła się
figlarnie, ukazując rząd białych zębów.
– Skąd wiesz? – zapytał, zamieniony postawą kobiety, która na
pytanie zareagowała co najmniej nietypowo, odwróciła bowiem wzrok, a uśmiech
zniknął z jej twarzy,
– Praca – szepnęła, spoglądając na zegarek. Wyglądało na
to, iż coś sobie przypomniała, ponieważ rzuciła krótkie: "Żegnaj" i
pobiegła w stronę centrum.
Odprowadzający ją wzrokiem Chad Kroeger, frontman grupy
Nickelback, obiecał sobie, iż musi ją niedługo spotkać. Nagle zaczął się
otwartą dłonią w czoło, uświadamiając sobie, iż nie zapytał jej nawet o imię.
Miał jednak nadzieję, że los będzie łaskawy i pozwoli spotkać się z tajemniczą
nieznajomą.
Nie wiedział, iż nastąpi to tak szybko.
***
Ponad tysiąc sto kilometrów jazdy pozwala człowiekowi
odpocząć, popodziwiać krajobrazy i, co najważniejsze, przemyśleć pewne sprawy.
To ostatnie robiła Luna przez ponad połowę drogi, rozmyślając o swoim życiu,
pracy, przeprowadzce, a także o niecodziennym spotkaniu w parku. Nadal nie mogła pozbyć się wrażenia, że
kiedyś go widziała. Gdyby sobie tylko przypomniała gdzie.
"Co ja w ogóle
robię?" pomyślała, stukając palcem w czoło. "Od kiedy interesuję się mężczyznami, których oblewam kawą na
ulicy?"
Jej fascynacja przypadkowo poznanym przedstawicielem płci
przeciwnej była wręcz niespotykana. Nigdy nie była w poważniejszym związku;
żyła bez zobowiązań. Nie był to jednak jej wybór. Po prostu, nie chciała wiązać
się z nieodpowiedzialnymi dupkami, którym chodziło tylko o jedno. Ona wolała
być samotną, nawet przez całe życie,
niźli mieć złamane serce ze sto razy.
Tabliczka z napisem Hanna wyrwała ją z rozmyślań. Rozejrzała
się zaciekawiona. Kiedy była tu ostatnim, zarazem pierwszym, razem, miejscowość
w pełnym blasku słońca wyglądała sędziowie i malowniczo. Nie straciła tego
czasu nocą, a uliczne lampy i nieliczne światła z domów uwydatniły pewne
rzeczy, których nie zauważyła za dnia. Skręciła w Third Avenue i zatrzymała się
przy domu z numerem dziesiątym. Od teraz było to jej miejsce na ziemi.
Zatrzymała samochód na podjeździe i otworzyła drzwi, by
rozkoszować kości po drugiej i wyczerpującej podróży. Wygrał torbę z
najważniejszymi bagażami i już miała wnieść ją do domostwa, gdy przechodzący w
pobliżu brunet podszedł do kobiety i
uśmiechnął się przyjaźnie, mówiąc:
– Cześć, jestem Ryan.
Może ci pomóc? – zapytał, podając
jednocześnie dłoń na powitanie, którą
złotooka uścisnęła.
– Cześć, ja jestem
Luna. Nie musisz, mam zamiar wnieść tylko tę torbę i zażyć długiego snu.
– Może jednak? Jutro
nie będziesz musiała się z tym męczyć – zaproponował, niczym rasowy dżentelmen.
– Jeśli masz czas i chęci to może skuszę się na twoją
propozycję.
Zmierzyła mężczyznę przenikliwym spojrzeniem, nie mogąc
pozbyć się wrażenia, iż skądś go zna. Już raz dzisiejszego dnia miała takie
odczucie. Postanowiła zaspokoić swoją ciekawość. Otworzyła bagażnik i, podając
część bagaży nowopoznanemu jegomościowi, zapytała:
– Czy ja cię powinnam
skądś znać?
Popatrzył na nią w niemym zdziwieniu. Niecodziennie słyszy
się tego rodzaju pytanie. Nie miał ochoty na nie odpowiadać, lecz, czując na
sobie przenikliwe spojrzenie błyszczących oczu, przełknął ślinę, i, rad nie
rad, został przymuszony do odpowiedzi.
– Jestem gitarzystą w
zespole – powiedział lakonicznie.
– Jakim?
– Nickelback – rzekł i popatrzył zdumiony na brązowowłosą,
która uderzyła otwartą dłonią w czoło, mrucząc coś do siebie. – Coś nie tak?
– Ach… Nie, po prostu
zdałam sobie sprawę ze swojej głupoty – kąciki jej ust uniosły się nieśmiało ku górze.
– Nie mówmy już o tym.
Noszenie toreb zajęło im niewiele ponad dziesięć minut. Luna
postanowiła dobrze zacząć czas zamieszkiwania w Południowej Albercie, toteż
zaprosiła Ryana na herbatę i ciasteczka
Żeby zmienić swoje życie, wystarczy chcieć. Ono samo daje
nam kolejne szanse, jednak wykorzystanie ich zależy tylko i wyłącznie od nas.
Szczerze mówiąc nie jestem pewna co do jakości i stylu tego rozdziału, ale cóż, pisane to było ponad rok temu. Mając tak rozwalony plan jak ja, ciężko jest znaleźć odpowiednią ilość czasu na wszystkie blogi, zakładki, zakładeczki etc.
Do napisania~!