poniedziałek, 15 października 2012

Rozdział I


I’d pretend not to hear what they said to me 
‘Cause I got off 
Every time you got on to me 
Was it wrong to go along with insanity? 






Promienie słońca od dłuższego czasu oświetlały sypialnię, lecz dopiero teraz dotarły do łóżka, powodując rozbudzenie kobiety. Odchyliła nieśmiało powieki i praktycznie natychmiast je zamknęła, nie mając ochoty na spoglądanie na rażące światło. Poza tym, była zmęczona po wczorajszym dniu, kiedy to musiała ocenić, jak idą postępy w pracowni - nie mogła zostawić Mats z nie wiadomo jakim system do wykonania. Dwa tygodnie, jakie wyznaczyła sobie na zaklimatyzowanie się w nowym środowisku, przyniosą zapewne wiele rzeczy do zrobienia, które, mimo szczerych zapewnień śniadej, krągłej zastępczyni, mogły okazać się zbyt ciężkie dla niej samej. Cóż, kobieta nie była rada z tegoż powodu, jednak musiała zaufać przyjaciółce, która przy większym nawale pracy traciła głowę.
We wczorajszym dniu musiała również uporać się ze spakowaniem wszystkich swoich ubrań, przedmiotów codziennego użytku, kosmetyków, laptopa - krótko mówiąc, musiała uprzątnąć całą graciarnię, którą zgromadziła przez ponad sześć lat. Jej stary, dobry Range Rover był już praktycznie zapakowany, czekał tylko na nią i ostatnią torbę. Żal było jej opuszczać mieszkanie w Vancouver, jednak wiedziała, iż jest to konieczne rozwiązanie. Musiała zmienić tryb życia. Nie wyobrażała sobie dalszej koegzystencji jako bezuczuciowe  stworzenie, nie interesujące się losem innych.
Postanowiła przemóc wewnętrznego lenia i podnieść się z posłania. Powolnym krokiem, potykając się o szafkę, stojącą nieopodal łóżka, dotarła do łazienki. Przyjrzała się swemu odbiciu. Zobaczyła młodą kobietę z lekko podkrążonymi, aczkolwiek nadal urokliwymi, bursztynowymi oczyma, delikatnie zadartym nosem, kształtnymi wargami, znajdującymi się na twarzy o delikatnych rysach, okolonej kaskadą brązowych loków. Szatynka rozchyliła  usta w delikatnym uśmiechu, po czym przysunęła się bliżej tafli lustra, by zobaczyć, jak bardzo wczorajsza bieganina  dała się jej we znaki. Na jej szczęście, jej cera wyglądała normalnie, za co dziękowała losowi.
Uspokojona, zrzuciła biały t-shirt i szorty, by oddać się przyjemności porannego prysznica. Ciepłe strumienie wody muskającej jej ciało relaksowało i poprawiało humor, zepsuty wcześniejszą pobudką. Chwyciła ulubione kosmetyki,  zostanie specjalnie na tą słodką chwilę przyjemności, tj. szampon, przypominający jej o ukochanej czekoladzie i handlowy żel pod prysznic. W ciągu krótkiej chwili cała łazienka wypełniła się aromatem czekolady i wanilii, a zadowolona Luna poczęła czynić to, co większość populacji w ciągu mycia się - śpiewać. Dziś jej wybór padł na lansowaną ostatnimi czasy przez media piosenkę Hero, promującą film Spiderman.
Miodowooka nie wiedziała jeszcze, iż wybór prysznicowego repertuaru będzie miał wpół na dalsze losy dnia.
***
Po zjedzeniu kilku muffinów na osłodę dnia, sztuka wzięła swoją ulubioną mrożoną latte na wynos i postanowiła, po raz ostatni, przejść vancouverskimi ulicami jako mieszkanka. Po tych prawie siedmiu latach spędzonych w tym mieście, wiedziała, że będzie tęskniła za tym miastem. Nogi same prowadziły ją do Queen Elizabeth Park, w którym to spędziła sporą część swoich studiów: rozmowy z przyjaciółmi, których nie miała za wielu(lecz byli oni niezastąpieni), miłosne schadzki z przystojnymi amantami, czy też samotne przechadzki w celu odnalezienia inspiracji.
"Powoli staję się sentymentalną idiotką" pomyślała z uśmiechem na ustach, spoglądając w górę. Błękitny nieboskłon przyozdobiony był pierzastymi kłębami obłoków, białymi i delikatnymi, a samo patrzenie na nie sprawiało, iż człowiek pragnął zanurzyć się w marzeniach, co też uczyniła Luna. Niestety, chodzenie z głową w chmurach nie należało do najbezpieczniejszych, o czym szybko przekonała się brązowowłosa.
Kobieta zderzyła się z wysokim, dość umięśnionym, na co wskazywała bolesność zderzenia, mężczyzną, oblewając go resztką mrożonej kawy, złotooka zaś przeżyła bolesne spotkanie z gruntem.
–  Uważaj jak leziesz –  mruknął mężczyzna, oceniając stan koszuli ubrudzonej latte.
–  Przepraszam –  odpowiedziała cicho, podnosząc się z ziemi.
Spojrzała na osobę stojącą obok niej. Był nią blondyn, którego loki sięgały ramion, błękitne oczy spoglądały znad przeciwsłonecznych okularów, znajdujących się na orlim nosie, zaś wąskie usta otoczone były ciemnawym zarostem. Ubrany był w kraciastą koszulę, niedbale rozpiętą nad szyją, sprane jeansy, w paru miejscach poprzecierane, jego stopy schowane były w czarne trampki.
Jegomość kogoś jej przypominał, tylko nie bardzo wiedziała kogo.
Mężczyzna zaś ujrzał piękną szatynkę z delikatnie wijącymi się włosami, sięgającymi połowy pleców, złotymi oczami, schowanymi za okularami w czarnych odprawkach, lekko zawartym nosem, ładnie skrojonymi ustami w kolorze malin - wszystko to znajdowało się na twarzy o łagodnych rysach. Nic więc dziwnego było w tym, iż w głowie blondyna pojawiły się takie, a nie inne myśli, a krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach.
Zauroczony wdziękiem kobiety, podniósł jej torbę i oddał właścicielce.
–  Przepraszam –  powtórzyła cichym głosem, po czym zmierzyła go wprawnym wzrokiem i, ku zdziwieniu blondwłosego, dotknęła materiału. –  Spokojnie, zejdzie, nawet, jeśli będzie prał nieumiejętny facet –  uśmiechnęła się figlarnie, ukazując rząd białych zębów.
–  Skąd wiesz? –  zapytał, zamieniony postawą kobiety, która na pytanie zareagowała co najmniej nietypowo, odwróciła bowiem wzrok, a uśmiech zniknął z jej twarzy,
–  Praca –  szepnęła, spoglądając na zegarek. Wyglądało na to, iż coś sobie przypomniała, ponieważ rzuciła krótkie: "Żegnaj" i pobiegła w stronę centrum.
Odprowadzający ją wzrokiem Chad Kroeger, frontman grupy Nickelback, obiecał sobie, iż musi ją niedługo spotkać. Nagle zaczął się otwartą dłonią w czoło, uświadamiając sobie, iż nie zapytał jej nawet o imię. Miał jednak nadzieję, że los będzie łaskawy i pozwoli spotkać się z tajemniczą nieznajomą.
Nie wiedział, iż nastąpi to tak szybko.
***
Ponad tysiąc sto kilometrów jazdy pozwala człowiekowi odpocząć, popodziwiać krajobrazy i, co najważniejsze, przemyśleć pewne sprawy. To ostatnie robiła Luna przez ponad połowę drogi, rozmyślając o swoim życiu, pracy, przeprowadzce, a także o niecodziennym spotkaniu w parku.  Nadal nie mogła pozbyć się wrażenia, że kiedyś go widziała. Gdyby sobie tylko przypomniała gdzie.
"Co ja w ogóle robię?" pomyślała, stukając palcem w czoło. "Od kiedy interesuję się mężczyznami, których oblewam kawą na ulicy?"
Jej fascynacja przypadkowo poznanym przedstawicielem płci przeciwnej była wręcz niespotykana. Nigdy nie była w poważniejszym związku; żyła bez zobowiązań. Nie był to jednak jej wybór. Po prostu, nie chciała wiązać się z nieodpowiedzialnymi dupkami, którym chodziło tylko o jedno. Ona wolała być samotną,  nawet przez całe życie, niźli mieć złamane serce ze sto razy.
Tabliczka z napisem Hanna wyrwała ją z rozmyślań. Rozejrzała się zaciekawiona. Kiedy była tu ostatnim, zarazem pierwszym, razem, miejscowość w pełnym blasku słońca wyglądała sędziowie i malowniczo. Nie straciła tego czasu nocą, a uliczne lampy i nieliczne światła z domów uwydatniły pewne rzeczy, których nie zauważyła za dnia. Skręciła w Third Avenue i zatrzymała się przy domu z numerem dziesiątym. Od teraz było to jej miejsce na ziemi.
Zatrzymała samochód na podjeździe i otworzyła drzwi, by rozkoszować kości po drugiej i wyczerpującej podróży. Wygrał torbę z najważniejszymi bagażami i już miała wnieść ją do domostwa, gdy przechodzący w pobliżu brunet  podszedł do kobiety i uśmiechnął się przyjaźnie, mówiąc:
–  Cześć, jestem Ryan. Może ci pomóc? –  zapytał, podając jednocześnie dłoń na powitanie, którą  złotooka uścisnęła.
–  Cześć, ja jestem Luna. Nie musisz, mam zamiar wnieść tylko tę torbę i zażyć długiego snu.
–  Może jednak? Jutro nie będziesz musiała się z tym męczyć – zaproponował, niczym rasowy dżentelmen.
– Jeśli masz czas i chęci to może skuszę się na twoją propozycję.
Zmierzyła mężczyznę przenikliwym spojrzeniem, nie mogąc pozbyć się wrażenia, iż skądś go zna. Już raz dzisiejszego dnia miała takie odczucie. Postanowiła zaspokoić swoją ciekawość. Otworzyła bagażnik i, podając część bagaży nowopoznanemu jegomościowi, zapytała:
–  Czy ja cię powinnam skądś znać?
Popatrzył na nią w niemym zdziwieniu. Niecodziennie słyszy się tego rodzaju pytanie. Nie miał ochoty na nie odpowiadać, lecz, czując na sobie przenikliwe spojrzenie błyszczących oczu, przełknął ślinę, i, rad nie rad, został przymuszony do odpowiedzi.
–  Jestem gitarzystą w zespole –  powiedział lakonicznie.
–  Jakim?
–  Nickelback –  rzekł i popatrzył zdumiony na brązowowłosą, która uderzyła otwartą dłonią w czoło, mrucząc coś do siebie. –  Coś nie tak?
–  Ach… Nie, po prostu zdałam sobie sprawę ze swojej głupoty –  kąciki jej ust uniosły się nieśmiało ku górze. –  Nie mówmy już o tym.
Noszenie toreb zajęło im niewiele ponad dziesięć minut. Luna postanowiła dobrze zacząć czas zamieszkiwania w Południowej Albercie, toteż zaprosiła Ryana na herbatę i ciasteczka
Żeby zmienić swoje życie, wystarczy chcieć. Ono samo daje nam kolejne szanse, jednak wykorzystanie ich zależy tylko i wyłącznie od nas.

Szczerze mówiąc nie jestem pewna co do jakości i stylu tego rozdziału, ale cóż, pisane to było ponad rok temu. Mając tak rozwalony plan jak ja, ciężko jest znaleźć odpowiednią ilość czasu na wszystkie blogi, zakładki, zakładeczki etc.
Do napisania~!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Prolog


That’s why, you want an end and so do I
This time, I believe I’ll leave it all behind
Tongue tied from all the little things
And they're the reason that I scream 



Wiele osób marzy o wielkiej karierze w blasku fleszy, o ogromnym zainteresowaniem swoją osobą. Nie każdy zdaje sobie sprawę z drugiej strony sławy: problemów ze zdrowiem, z narkotykami, stresem, a zwłaszcza z samym sobą. Niewiele gwiazd jest w stanie uniknąć wszelkich trudności, tym bardziej wyjść z nich.
Luna Monthanie, chcąc spełnić swoje marzenie o staniu się międzynarodowej sławy projektantką, zachowując przy tym swoją prywatność, postanowiła zostawić wszystkie publiczne wystąpienia przyjaciółce i jednocześnie zastępcy, Janet Masterson, sama zaś zajmowała się projektami i planami na przyszłość, będąc osobą nierozpoznawalną medialnie. Jej firma Lueur éthérée, z kolekcji na kolekcję zyskiwała coraz większą popularność i uznanie, nie tylko w rodzimej Kanadzie. W samotności, w pustych czterech ścianach kobieta przestała zwracać uwagę na otaczający świat; ogarnęła ją apatia.
Kiedy nadszedł moment, w którym zdała sobie z tego sprawę, postanowiła zmienić otoczenie i odpocząć, na nowo odnaleźć siebie. Poszukiwania nowego domu zakończyły się sukcesem. Młoda projektantka zakupiła dom w miasteczku Hanna w południowej Albercie. Jednak, czy na taką zmianę nie jest za późno?

*Lueur éthérée - fr. delikatny blask

No, mam nadzieję, że to ostatni założony przeze mnie blog, jak na razie. Prolog krótki, myślę jednak, że treściwy i powoli wprowadzi was do treści bloga. 
Dodam, że każda notka będzie się zaczynała cytatem z piosenki Nickelback, wraz z odnośnikiem do niej.